Czy niedoczynność tarczycy, to mój jedyny problem?

Od dłuższego czasu biłam się z myślami czy napisać ten wpis. Najchętniej zapomniałabym o tym  jednym, jedynym rozdziale mojego życia, zamknęłabym go w skrzyni na sto zamków, i wrzuciła na dno oceanu. Ale… trafia tutaj tak wiele osób, które walczą z tym samym problemem, jak ja kiedyś i jak ja teraz.

Gdy moja skrzynka po raz kolejny dosłownie zapchała się mailami od was, z pytaniami, prośbami o radę, postanowiłam usiąść i spisać wszystko od początku do końca. Tak, aby pokazać wam, że to z czym się mierzycie i z czym niejako musicie się zaprzyjaźnić, nie jest aż tak straszne, jak mogłoby się wydawać. Strach ma wielkie oczy, a zmiany, przed którymi stoicie mają jeszcze większe. Czy trzeba się ich obawiać? Absolutnie NIE!

Dawno dawno temu
Wszystko zaczęło się od tego, gdy po urodzeniu Młodej, moje cykle miesięczne rozjechały się niczym nogi na oblodzonym chodniku. Nie był to dla mnie (wtedy) jakiś straszny problem, w sumie myślałam, że taka moja uroda i do lekarza oczywiście się nie wybierałam. Stan ten trwał jakiś czas, do chwili gdy postanowiliśmy zwiększyć liczebność naszej rodziny (nie mam tu na myśli żadnego czworonoga). To właśnie ten etap bolał i boli najbardziej. Ta bezsilność, złość i smutek oprawione w wizyty u lekarzy, według których wszystko było ok, którzy uważali, że bez problemu powinnam zajść w ciążę. W którą jak na złość nie zachodziłam przez trzy kolejne lata. Pojawił się stres, zaczęłam tyć. W pewnym momencie do mojej wagi doszło dodatkowych 30 kilogramów! Powiedziałam dość, zaczęłam szukać w internecie informacji o objawach, które zauważyłam u siebie. Znalazłam informacje, które jasno wskazywały na Zespół Policystycznych Jajników.

W końcu trafiłam na lekarza, który postawił wstępną diagnozę – pcos (tym samym utwierdził mnie w tym, co wcześniej sama znalazłam), i skierował mnie na oddział endokrynologii ginekologicznej w celu dalszego rozpoznania. Zanim jednak trafiłam na oddział, musiałm swoje odczekać. Oczywiście jak to ja, żeby nie marnować czasu, zaczęłam stosować dietę, prawie codziennie chodziłam na siłownię, na dokładkę ćwicząc jeszcze w domu. I tak 30 kilogramów które mi doszło, w bardzo szybkim czasie udało mi się zrzucić (nie było to zdrowe).

Trafiłam na oddział. Po trzech dniach badań i ciągłego pobierania krwi, wstępna diagnoza PCOS wzbogaciła się o dodatkowe schorzenie hiperinsulinemię. O moim pobycie na oddziale, postaram się wam szerzej napisać innym razem. Przy wypisie polecono mi, żebym znalazła dobrego endokrynologa ginekologa,oraz co pół roku pojawiała się u nich w klinice na kontrole. Szukałam, szukałam i … lekarza znalazła mi moja mama! 😀 I tak do dwóch problemów doszedł trzeci i czwarty, insulinooporność i niedoczynność tarczycy. Ale jest jeden duży dla mnie plus. Choć w szpitalu zupełnie zignorowano moje wyniki z tarczycy, tak pomylono się w diagnozie. Jak się okazało nie mam zespołu policystycznych jajników! Jak widzicie nie ma to jak zacząć maraton po lekarzach. Jednak warto, naprawdę warto. Bo czasem, tak jak w moim przypadku, może się okazać coś zupełnie innego niż sami wyczytamy w internecie. Dlatego nie szukajcie i nie porównujcie swoich objawów z objawami innych osób. Szukajcie dobrych i sprawdzonych lekarzy, którzy są polecani przez swoich pacjentów. Jak mówi moja mama, czasem warto wydać więcej pieniędzy u dobrego lekarza, niż chodzić do tysiąca innych i u nich zostawiać mniejsze kwoty, resztą zasilając konto apteki.

Co jeszcze mogło się we mnie zepsuć, nawet nie chcę wiedzieć… Jednak nauczona błędami z przeszłości, postanowiłam grzecznie słuchać się lekarza. Dlatego przede mną rozciąga się niezbyt piękna wizja kolejnych badań, posiedzeń w poczekalniach i pobierania krwi. Ale jedno jest pewne, wytrwam!

O co najczęściej pytacie?

O leczenie, o objawy, o to jak sobie radzę i radziłam z wprowadzaniem zmian, a także o dietę którą stosuję. W kolejnych wpisach, postaram się Wam szczegółowo odpowiedzieć na te pytania. Chcąc zmieścić wszystko w jednym wpisie, wyszedł by z tego wpis gigant, i z pewnością o połowie rzeczy i spraw bym wam nie napisała. Jak możecie zobaczyć po moim przypadku problemy i choroby nie lubią chodzić w pojedynkę. U mnie dobierają się w uciążliwe pary! Dlatego mam nadzieję, że moje wpisy pomogą wam zmierzyć się z diagnozą i zmianami które będziecie musiały wprowadzić do swojego życia. Natłok informacji jakie serwuje nam internet, jest naprawdę przytłaczający. Sama na początku byłam załamana. W pewnej chwili nie wiedziałam co wolno mi zjeść. Wydawało mi się, że nic już nie będzie normalne, a ja zostanę o wodzie i suchym chlebie, a nie zaraz, chleba też chyba nie było mi wolno?! Czułam się koszmarnie, nie rozumiałam mojego ciała, tego, że ćwicząc, praktycznie nie jedząc, albo stałam w miejscu albo tyłam. Czułam się tak jakby ktoś podmienił moje ciało, zstępując je jakimś wybrakowanym i uszkodzonym. Do wpadnięcia w czarną otchłań depresji zbyt wiele mi nie brakowało. Jednak natrafiłam na kilka fajnych stron, które pomogły mi oswoić się z moimi dolegliwościami ( w kolejnym wpisie zrobię dla was listę ciekawych stron). Pomógł mi też mój endo/gin który wszystko dokładnie mi wytłumaczył i cierpliwie odpowiedział na każde moje pytanie.

Za każdym razem gdy na moim blogu pojawi się wpis dotyczący mojej choroby, wpis ten zostanie uaktualniony o linki do poszczególnych artykułów. Jeśli będziecie miały jakiekolwiek pytania, piszcie śmiało.

Żadna informacja znaleziona w internecie nie zastąpi wizyty i rozmowy z lekarzem. Dlatego wpisy znajdujące się na moim blogu mają charakter czysto informacyjny. 

Jak przygotować się do wizyty w poradni endokrynologicznej?

Kocyk – wpis o niepłodności wtórnej

Jak rozpoznać dni płodne? Test Geratherm Ovu Control 

Inofolic 

Nadwaga i otyłość – wrogowie naszej płodności

Serotonina niezbędna w walce z niepłodnością

Gdzie ten bocian?!