Książki i filmy

Nie ma jej – Joy Fielding

2 lipca 2017

Hunter i Caroline Shipley, wraz ze swoimi dwiema córeczkami, Michelle i Samanthą, przyjeżdżają do kurortu Baja w Meksyku, aby razem ze swoją najbliższą rodziną i przyjaciółmi, świętować 10 rocznicę ślubu. Niestety od początku nic nie idzie po ich myśli, Caroline co rusz gubi karty (klucze) do ich pokoju hotelowego, a w dzień rocznicowej kolacji, umówiona do dziewczynek opiekunka, z niewiadomych przyczyn, zostaje odwołana. Małżeństwo ( a raczej Hunter) decyduje się jednak nie rezygnować ze spotkania z przyjaciółmi, ustalają, że co pół godziny będą zaglądać na zmianę, do śpiących dziewczynek.

Nagle, podczas kolejnej kontroli, okazuje się, że ich młodsza córeczka, Samantha, zniknęła!

Piętnaście lat później, Caroline odbiera telefon. Po chwili ciszy, po drugiej stronie, odzywa się młoda dziewczyna, oznajmiając „Chyba jestem pani córką…”

Wszyscy zapewne kojarzymy głośne zaginięcie małej Madeleine McCann, która została, najprawdopodobniej, uprowadzona z pokoju hotelowego, podczas gdy jej rodzice wraz z przyjaciółmi, spędzali wieczór w przyhotelowej restauracji. Choć dziewczynki do dnia dzisiejszego nie odnaleziono, historią tą do dziś żyje cały świat. Nawet ja sama jestem niezmiernie ciekawa, co spotkało tę małą dziewczynkę, z całych sił trzymam kciuki oraz mam głęboką nadzieję, że w końcu odnajdzie się cała i zdrowa.

Aż wstyd mi się przyznać, że do tej pory nie czytałam żadnej książki autorstwa Joy Fielding, kanadyjskiej pisarki, autorki kilkunastu bestsellerów (m.in. Laleczka, Zabójcze piękno, Martwa natura). Jako miłośniczka kryminałów i thrillerów, powinnam znać te wszystkie jej książki, a przynajmniej niektóre z nich! No nic, nie pozostaje mi nic innego, jak nadgonić ciągle powiększające się zaległości czytelnicze!

Przez to, że jest to moja pierwsza przygoda z tą autorką, to przyznaję, że nie wiedziałam, za bardzo, czego mogę się spodziewać. Ostatnio złapałam się na tym, że lubię powracać do znanych mi autorów, a do wszelkich nowości, podchodzę raczej ostrożnie.

No ale przejdźmy do rzeczy!

Książka sprawnie podzielona została na dwa czasy. Raz znajdujemy się w obecnym życiu (rozbitej już) rodziny Shipley’ów, raz cofamy się o piętnaście lat do dnia zaginięcia, małej Samanthy. I choć obawiałam się, że takie „skakanie” będzie męczące i drażniące, ze względu na ciągłe odrywanie, czytelnika, od akcji która prowadziła do rozwiązania zagadki, to tak naprawdę ten niby zwykły i często używany zabieg, skutecznie budował napięcie.

Bardzo fajnie przedstawione zostało życie tej rodziny od środka. Tego jak zaginięcie ukochanego dziecka, wpływ mediów, oraz inne wydarzenia np. przyczyniły się do jej rozpadu. Książka wprowadziła nas do świata matki, Caroline Shipley, samotnej kobiety, dosłownie zaszczutej przez media. Nie mogącej pogodzić życia prywatnego z pracą, o przyjaźniach lub związku, nawet nie wspominam. Caroline ze wszystkich sił, jak tylko matka potrafi, trzymała się nadziei, że jej dziecko wróci do domu całe i zdrowe. Porzucając wszystko, była gotowa lecieć na koniec  świata, aby sprawdzić najnowsze doniesienia niby odnalezionej czy widzianej dziewczynce.

Dosłownie współczułam tej kobiecie! Nie dość, że jej dziecko zniknęło, to jeszcze przez cześć społeczeństwa, to ona została uznana za winną.

I jeśli mam być szczera,to chyba byłoby na tyle pozytywów. Co mi się nie podobało? Postać drugiej córki Shipley’ów, Michelle, która została aż za bardzo przekoloryzowana, jako ta trudna, sprawiająca kłopoty. Ok, zgadzam się, charakterne dziecko, czujące się gorsze od tego które zaginęło, może sprawiać kłopoty… Ale bez przesady…. W dodatku zakończenie wydało mi się całkiem naciągane… Ale o tym przekonać musicie się sami 🙂 Kto wie, może wam bardziej się spodoba?

Jeśli chodzi o polecenie wam tej książki, to nie jestem ani na tak, ani tym bardziej na nie. Jest ciekawie napisana, trzyma czytelnika w napięciu, wciąga na długie godziny. Jednak pamiętajcie, że co do treści możemy mieć zupełnie odmienne odczucia, dlatego jeśli jesteście miłośnikami dobrego thrillera czy kryminału, to aż nie wypada żebyście tej książki nie przeczytali 😉

Podsumowując, „Nie ma jej” to całkiem przyjemna i trzymająca w napięciu książka, o brutalnie rozbitej rodzinie, kłamstwach i prawdzie która zawsze wychodzi na jaw. 

Czytaliście? A może macie zamiar?

  • Ja się zastanawiam, kiedy wreszcie wygrzebię się z tematu książek, żeby znaleźć czas na czytanie ksiażek 😉