Książki i filmy

Książka, którą kocham i nienawidzę jednocześnie – Czytaj z Nami

13 maja 2017

O mały włos dzisiejszy wpis by w ogóle nie powstał. Natłok wszystkiego, tak mocno się wokół mnie skumulował, że kompletnie z głowy mi wyleciało, że to właśnie dziś mija termin publikacji wpisu w ramach blogerskiej kampanii Czytaj Z Nami. Na całe szczęście, dziewczyny, które zaprosiłam aby dzisiaj się wypowiedziały, okazały się nie tylko czujniejsze ode mnie, ale także nie wahając się ani chwili, stworzyły genialne odpowiedzi (pod presją czasu), na zadany przeze mnie, dosyć trudny, temat.  Ale po kolei.

Na czym owa kampania polega?

Co tydzień, jeden bloger rzuca wyzwanie trzem innym, podając książkowy temat, na który zaproszeni blogerzy odpowiadają. Uwierzcie mi, długo zastanawiałam się nad tematem. Moje poprzedniczki i poprzednicy, ustawili poprzeczkę dosyć wysoko, skutecznie zmniejszając moje pole manewru, w książkowych tematach. Ale nie poddałam się i dla moich blogerskich gości, wymyśliłam temat, który na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco, zawiły i … trudny. W rzeczywistości taki nie jest 😉

Książka, którą kocham i nienawidzę jednocześnie

Występują:

Ewelina z BLAIR CZYTA

Karolina z WARIACJE (nie zawsze) NA TEMAT

Marta z RUDYM SPOJRZENIEM

Jeśli jesteście ciekawi jakich odpowiedzi na zadany przeze mnie temat, udzieliły dziewczyny, obowiązkowo przejdźcie dalej 😀

Ewelina z BLAIR CZYTA

Chwilę mi zajęło, zanim rzeczywiście wpadłam na to, którą z książek kocham i nienawidzę jednocześnie. Są to tak skrajne i jednocześnie ogromne uczucia, że dosyć trudno było mi wybrać pozycję im odpowiadającą. Owszem, jest mnóstwo książek, które budzą skrajne emocje, ale nie jestem przekonana czy aż tak silne. Rozejrzałam się zatem po regale z książkami i od razu jak ją zobaczyłam, wiedziałam, że będzie idealna.

„Wszystkie jasne miejsca” Jennifer Niven to książka, która zmiażdżyła mnie emocjonalnie. Zafascynowany śmiercią Finch w nietypowych okolicznościach poznaje Violet, popularną dziewczynę, która nie potrafi pogodzić się z rodzinną tragedią. Młodzi ludzie stają się dla siebie wzajemnie ocaleniem. Wspólny projekt z geografii sprawia, że Violet i Finch odkrywają razem nie tylko kolejne „cuda” Indiany, ale również samych siebie.

Kocham tę książkę za wszystkie emocje, które dostarcza. Za to, że pokazuje piękno małych rzeczy oraz uczy doceniania tego, co jest blisko. Za to, że namawia do poznania innych i pokazuje, jak pozory mogą być mylące. Niby są to rzeczy oczywiste, ale w codziennym pośpiechu często zupełnie pomijane. Kocham tę książkę za drżenie serca, gdy ją czytałam, za brak tchu i ogrom emocji. A także za to, że pokazuje niezwykłość ukrytą w codzienności, do której możemy mieć dostęp, jeśli tylko zatrzymamy się chociaż na chwilę i pozwolimy sobie na poznanie drugiej osoby, otwarcie na nią i prawdziwe jej słuchanie.

Jest jednak i druga strona – ta za którą nienawidzę „Wszystkich jasnych miejsc”. Jest brutalnie szczera. Odziera ten idealny świat i tę piękną miłość z utopijnych wyobrażeń. Pokazuje, ze świat nie jest czarno-biały, dobro nie zawsze zwycięża nad złem, a sprawiedliwość bywa tylko bajką. Porusza tematy niezwykle trudne, każe się zatrzymać i patrzeć na ból, który jak i inne emocje – jest nieunikniony. W tej książce miłość przeplata się ze śmiercią, a nadzieja z bezsilnością. Przy jej czytaniu należy pamiętać, że każdy widzi świat inaczej. Czasami trudno jest nam to zrozumieć, przez co budzi się nasz żal, złość i bezradność.

„Wszystkie jasne miejsca” łączy te skrajności. Treść tej książki jest zatem piękna i przerażająca jednocześnie, ale przede wszystkim jest warta poznania. Dlatego jeśli ktoś jeszcze jej nie czytał, to gorąco polecam. Moje serce złamała, ale jednocześnie w pewnym sensie również je ukoiła.

Karolina z Wariacje (nie zawsze) na temat

Kiedy Paulina napisała do mnie z dramatycznym hasłem Słuchaj, miałyśmy na jutro napisać wpis, włosy stanęły mi dęba. Szaleńcze tempo, w jakim żyjemy ostatnio wszyscy, sprawiło, że kompletnie, ale to kompletnie wyleciało mi to z głowy. Ba, nie mogłam sobie nawet przypomnieć, na jaki temat mamy pisać. Na szczęście Paula była zdecydowanie bardziej przytomna ode mnie. I tak oto zaczęłam głęboko główkować, jakąż to książkę kocham i nienawidzę jednocześnie.

Dreszcz grozy, jaki przeszedł mnie, kiedy dowiedziałam się o wpisie gościnnym, okazał się być bardzo inspirujący. O jakim innym gatunku, jak nie o kryminałach i thrillerach mogłabym pisać? Pierwszą pozycją, jaka bezsprzecznie przyszła mi do głowy, było Dziesięciu Murzynków Agathy Christie. Książka, którą naprawdę uwielbiam: za pomysł, za fabułę, za zamknięte jak u Hitchcocka przestrzenie, ograniczoną liczbę osób, które mogą popełnić morderstwo, wreszcie za ów słynny dreszczyk grozy. Dreszczyk, który sprawia, że choć kocham tę książkę, to jednak jestem w stanie powiedzieć, że nienawidzę jej równie mocno. Za emocje, które we mnie wywołuje. Za to, że boję się zasnąć przy otwartych drzwiach, szafie czy oknie. Za to, że boję się pójść w nocy do toalety, bo a nuż coś mnie do kibla wciągnie. Albo wyskoczy zza umywalki.

A potem pojawiła się druga myśl – jest jeszcze jedna autorka, która wywołuje u mnie podobne, a nawet dużo bardziej zintensyfikowane uczucie grozy. Uczucie, które sprawia, że boję się być sama w domu. Fabuła, którą tworzy, ociera się wręcz o metafizykę, zjawiska niewytłumaczalne. Takich właśnie emocji doznaję, czytając powieści islandzkiej autorki Yrsy Sigurdardottir.

Po raz pierwszy zetknęłam się z jej książkami 5 lat temu. Wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Pokochałam jej powieści za ten jedyny i niepowtarzalny klimat. Klimat jakże zbliżony do twórczości autorów skandynawskich. I jakże od niego różny. Sztywne, jakby zamrożone postaci kreowane przez Yrsę, mieszały się z wyjątkową metafizyką i głębią uczuć. Z pozoru realne i wytłumaczalne zjawiska, nabierają u autorki zupełnie innego znaczenia. Powieści Yrsy nie da się porównać z fantastyką, choć zjawiska, o których pisze, ocierają się o ten zakres. Jednak niesamowita duchowość i realność świata równoległego sprawiają, że człowiek zastanawia się, ile tak naprawdę zmarłych postaci, pozostaje wokół nas.

Spróbujcie sobie to wyobrazić: ciemny, jesienny wieczór, mała lampka, koc, herbata i książka na kolanach. Brzmi jak wieczór idealny, prawda? A teraz dołóżcie do tego mroźną Islandię, duchy przodków snujące się wśród żywych i sprawiające, że nic nie jest oczywiste. Można ten klimat pokochać całym sercem, ale jeśli ktoś ma słabe nerwy – znienawidzi go równie szybko. I będzie się nimi „katował” nie mogąc potem z nerwów zasnąć w nocy ;).

Jeśli macie stalowe nerwy lub chociaż żyłkę ryzykanta w sobie, z całego serca polecam! 🙂

Marta z Rudym Spojrzeniem

Zastanawiałam się i zastanawiałam, jaką książkę mogę kochać i jednocześnie nienawidzić? Jest sporo książek, które uwielbiam i gdybym tylko mogła czytałabym je raz w miesiącu. Jednak jest jedna lektura, która dosłownie mnie wymęczyła, a jednak nie mogłam przerwać czytania. Małe życie Hanyi Yanagihary. To pozycja, która wzbudziła sporo kontrowersji. Z jednej strony można przeczytać bardzo pozytywne opinie na jej temat, z drugiej część czytelników mówi, że jest przerysowana i za bardzo skupiona na jednym bohaterze.

Pozwolę sobie wrzucić fragment mojej opinii na jej temat, aby wam ją przybliżyć.

JB, Malcolm, Jude i Willem to czwórka przyjaciół, która poznaje się w college’u, a następnie przeprowadza się do Nowego Jorku, aby tutaj realizować swoje marzenia. Każdy z nich jest inny, każdy jest swego rodzaju indywidualistą, każdy ma swoje tajemnice i ambicje. JB to artysta poszukujący swojej drogi, Malcolm niezdecydowany architekt, Willem początkujący aktor i Jude skupiony na prawie chłopak. Jak potoczą się ich losy? Czy osiągną wyznaczone cele? Jakie tak naprawdę one są? 

Małe życie to opowieść przede wszystkim o męskiej przyjaźni. O jej sile, trudnościach i jej skomplikowanych aspektach. To historia o poznawaniu drugiego człowieka, wspieraniu go, niesamowitym poświęceniu, złości, miłości i zazdrości. O tym, jakie oblicza może przybrać przyjaźń, czym może się stać, jak może wyzwalać i niszczyć, jakie emocje wywoływać i jak się jej uczyć. Jakie wyzwania stawia przed drugim człowiekiem, jak może uzależniać, jak zmieniać świat człowieka i jak go burzyć.” 

Czym mnie wymęczyła? Sinusoidą wydarzeń, uderzeniami emocji. Były momenty, że myślałam, że nie dam rady, bo fundowała mi za dużo wrażeń. Z drugiej strony doceniam kunszt literacki autorki (oraz tłumaczenie Joanny Kozak) sprawiają, że nie można przejść obok tej książki obojętnie.

Sami musicie przyznać, że dziewczyny spisały się na medal. Gdyby nie Ewelina, która jako jedyna trzymała rękę na pulsie, doprowadzając mnie do zawału wiadomością, że jej gościnna wypowiedź, jest już gotowa, oraz gdyby nie dwie pozostałe dziewczyny Karolina i Marta, które pod wielką presją upływającego czasu, stworzyły świetne wpisy, zaskakując mnie swoim spojrzeniem na dane książki.

Kochać i nienawidzić, dwa zupełnie różne uczucia, które jakby nie patrzeć dzieli cienka bariera. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że kocham każdą książkę, za jej treść, za to, że coś wnosi do mojego życia, spojrzenia na niektóre sprawy. Tak jak je kocham, tak też potrafię je znienawidzić, w chwili gdy kończą się zbyt szybko, pozostawiają mnie z masą pytań, na których odpowiedzi pozostaje mi czekać.

Jestem ciekawa jak wy moi drodzy odpowiedzielibyście na zadany przeze mnie temat 🙂

To jak, podejmiecie rękawice?

Na wasze odpowiedzi czekam z niecierpliwością 🙂

pozdrawiam

  • Ja włąsnie nie mam książki, która jakoś na mnie wpłynęła , od której zaczełąm czytać 🙂

  • Mea Culpa/ Z książką do łóżka

    „Małe życie” i „Wszystkie jasne miejsca” mam w planach 🙂
    Yrse uwielbiam, choć czytałam póki co tylko „Weź moją dusze” i „Pamiętam Cię”, ale w planach mam wszystkie! 🙂
    Świetny wpis! 🙂

  • Pod presją czasu, ale wyszło świetnie 🙂
    Temat dość trudny, a dziewczyny dały radę. Gratuluję 😊

  • Haha, ja tak mam przeważnie przy pisaniu każdej z moich książek, że wywołują we mnie tak skrajne emocje 😉

    • hahah no fakt, tak też można odebrać ten temat 😀

  • No i powstał świetny wpis! Gratuluję 🙂
    Ja kocham książki takie jak „Promyczek” czy „Zanim się pojawiłeś”. Kocham za piękne historie miłosne, za to, że wciągają, wywołują emocje. I jednocześnie za te emocje i trudne tematy nienawidzę, bo zawsze kosztuje mnie to kilka paczek chusteczek 😉

    • dziękujemy 🙂
      Mam zamiar przeczytać Promyczka, Zanim się pojawiłeś oglądałam film i uryczałam się jak bóbr, więc mam pewne obawy codo lektury tej książki 😀