Historia kopytkiem pisana …

Nagotuje się człowiek, naugniata, kuchnia przybierze wygląd jak po wybuchu bomby napełnionej mąką … a one … tak po prostu … wytrzymają minutę, jedynie krótką chwilę po ugotowaniu…

Co jakiś czas nadchodzi taki moment kiedy to Pan Mąż uznaje, że niezmierną ma ochotę na kluskę…

Najlepiej śląską lub może i kopytko ale tylko i wyłącznie świeże, świeżutkie i domowego wyrobu. Niestety fanką wykonywania takowych to ja stanowczo nie jestem i ratuję się jak mogę przed tym przykrym obowiązkiem.

Dziś na przykład robiłam wszystko poza kluchami… Gdy dom błyszczał jak diament, wszystkie zwierzostwo zostało wykąpane, a pies dodatkowo wyspacerowany, zabrałam się za kluchy…

Nagotowałam zapas ziemniaków na tą i następną zimę, nagniotłam ciasta i ugotowałam tonę kluch. Nie wspomnę już o tym, że kilka razy o nich zapomniałam i tak się same gotowały i gotowały, nie, nie wspomnę o tym …

Jeśli myślicie, że ta tona starczy na „jutro” to jesteście w błędzie …

Jedyna dobra rzecz z tej sytuacji wynikająca to to, że następne ugniatanie czeka mnie za kilka miesięcy 😀

A teraz nie pozostaje nic innego jak posprzątać ten bajzel …

 

buziaki !!!